3 maja 2017

"Nie ma bezpiecznego miejsca" - czy "Pieśń jutra" była warta oczekiwania? (spojlery z tomu I i II)


Krótka powtórka z rozrywki... 
Po wszczęciu rewolucji w Szeolu I i ucieczce do Londynu, Paige (śniący wędrowiec - VII katgegoria jasnowidzenia) we współpracy z Ramarantami, Refaitami będącymi przeciwnikami rodziny Sargas (którzy, jak się okazało, mają pod kontrolą nie tylko kolonię karną, ale cały Sajon), rozpracowała Szary Rynek (sprzedający jasnowidzów do Szeolu), pokonała Jaxona Halla (swojego byłego mim-lorda, którego była faworytą) w rozgrywkach i zdobyła tytuł Zwierzchniczki Syndykatu, przestępczej grupy jasnowidzów działającej na terenie Londynu, jako Czarna Ćma. Emmici (złe stworzenia z Międzyświatów) z powodu zlikwidowania Szeolu, mogą wedrzeć się do Londynu, innym zagrożeniem dla jasnowidzów są też Tarcze czuciowe, urządzenia potrafiące wykrywać odmieńców, które mają niedługo zapełnić miasto. Paige jako Zwierzchniczka staje przed ogromnymi wyzwaniami.

Nowa przywódczyni Syndykatu zamienia go w Zakon Mimów - zrzeszenie jasnowidzów i Ramarantów. Wierzy, że zorganizowani razem będą w stanie sprzeciwić się Sajonowi i rodzinie Sargas. Musi jednak zjednoczyć skłóconych i niechętnych jej rządom jasnowidzów i ochronić ich przed Tarczą Czuciową, której pojawienie się w stolicy diametralnie utrudni ich działalność (jeśli w ogóle nie umożliwi im wychodzenia na ulice). Paige, dziewiętnastoletnia buntowniczka o niezwykłych umiejętnościach, dźwiga na plecach losy londyńskich jasnowidzów, a może nawet całego kraju. Odkrywa coraz nowe intrygi, tajemnice, fakty i plany, przygniata ją (nie)wiedza o  mało pokojowych działaniach Sajonu i zamiarach Ramarantów. Jest zagubiona - nie wie, komu może ufać. Czy ktoś jeszcze, podobnie jak Jaxon, okaże się być zdrajcą?

"Jedynym sposobem na przeżycie jest wiara, że tym razem też ci się uda."

W końcu mogę do powiedzieć. W końcu, po długim oczekiwaniu na kontynuację historii jasnowidzów, mogę z całą mocą wykrzyknąć: było warto! Choć nie od początku byłam przekonana do "taktyki" pani Shannon i nie od razu spodobało mi się to, w jakim kierunku zmierza ta seria. Będę z Wami szczera - pierwsze dwieście stron jest nudne jak flaki z olejem. Wyobrażacie sobie moje rozczarowanie? Czekałam na tę książkę bity rok! Myślałam, że pochłonę ją w dwa, góra trzy dni. Stało się inaczej, czytałam ją ponad tydzień - i to z początku z dość nikłą dawką przyjemności. Czytałam, bo czytałam, ale moja ciekawość została zaspokojona już po dziesięciu stronach - potem stwierdziłam, że w sumie gdybym odstawiła Pieśń jutra na kolejny rok, to nie odczuwałabym ani żalu, ani smutku.

Z każdą stroną rosło moje rozczarowanie i zniechęcenie. Paige jak zwykle była nieznośna (zarówno w swojej głupocie jak i ciągłym wpadaniu w tarapaty), akcja była jakby płaska, nie potrafiłam skojarzyć, kto jest kto. Zresztą, dalej nie umiem odróżnić od siebie drugoplanowych bohaterów - wszyscy wydają mi się obcy. Maria, Tom, Glym - kto to w ogóle jest? Autorka nie ma poza tym za grosz talentu do opisywania miejsc. Za chiny nie potrafiłam wyobrazić sobie otoczenia naszych bohaterów, w sumie owi bohaterowie też są wykreowani raczej mocno średniawo. Nie licząc kilku wyjątków, takich jak Naczelnik (uwielbiam gościa! Ma w sobie taki nadzwyczajny spokój, jest błyskotliwy, wnikliwy i delikatny, a z drugiej strony emanuje od niego taka siła!), Jaxon (tego polubiłam dopiero w tym tomie, nie da się nie pokochać jego teatralności), Nick (choć on akurat jest nieznośny, ckliwy mięczak), Nashira (piękna i niebezpieczna) i Vance (nowa postać, choć a więcej cech wspólnych z głazem niż człowiekiem).

Tak, dobrze widzicie. W tym zestawieniu nie ma Paige - naszej głównej bohaterki. Ona przypomina tysiące innych literackich nastoletnich buntowniczek. Naiwna, heroiczna, irytująca. Nic dodać, nic ująć. Byłabym jednak kłamczuchą, gdybym stwierdziła, że jej nie lubię, bo... zaczęłam ją doceniać w trzecim tomie. Pokazała się z jakiejś swojej bardziej wadliwej strony - już nie przykład cnót, ale niepewna siebie, popełniająca błędy postać ludzka, której łatwiej było mi współczuć i którą łatwiej można było zrozumieć. Ale dalej brakuje jej charakteru, nad czym ubolewam. No i zbyt często udają się jej rzeczy, które obiektywnie rzecz biorąc, są niemożliwe.

Co jeszcze mogłabym tej powieści wytknąć... (Chcę mieć to szybko z głowy, aby zacząć peany na cześć całego Czasu żniw) Chyba schemat. Pierwsza część była taką młodzieżóweczką - ona i on, nadnaturalna miłość etc. Druga bardziej haczyła o intrygi, zbrodnie, była jakaś zagadka, droga po władzę. Trzecia - to już jest walka. Niczym ostatnie tomy Niezgodnej, Delirium czy przesławnych Igrzysk śmierci. Niczym setki podobnych serii młodzieżowych. Bohaterka-buntowniczka + wadliwy system = rewolucja. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba. Znowu walka z całym światem? Znowu jednostka przeciw wszystkim? ZNOWU?

"Nikt nie zaczyna wojny dla samego dreszczyku emocji, robi to dla wygranej. Pozostaje pytanie, czy każdy zysk, każdy wynik jest w stanie usprawiedliwić taktykę, która prowadzi do zwycięstwa."

No i własnie tutaj Samntha Shannon udowodniła mi, że jej seria nie jest żadnym "znowu", żadnym "to już było" i w żadnym razie nie powiela znanych nam już schematów. Pieśń jutra jest inna, oryginalna, wspaniała i nieprzewidywalna. Jak ta akcja zaczyna nagle biec! Jak porwała mnie w swoje szpony! Jakie prawdy wyszły na wierzch! Ile emocji towarzyszyło mi przy ostatnich stronach! Wtedy też Paige wiele zyskała w moich oczach (choć w dalszym ciągu zaskakiwało mnie, ile jeszcze siniaków, ran i złamań jest w stanie wytrzymać ta dziewczyna. Ona powinna już dawno umrzeć z przeciążenia organizmu).

Wielką zaletą tej książki jest to, że W KOŃCU wiedziałam, co tu się dzieje! W poprzednich tomach nie ogarniałam jeszcze wszystkich nazw i zasad rządzących światem jasnowidzów - teraz to ogarnęłam, poukładałam sobie w głowie, a słowniczek znajdujący się na końcu powieści okazywał się mało przydatny. Victoria! Zwycięstwo! Na pełne zrozumienie tego, co siedzi w głowie autorki, potrzebowałam jedynie dwóch tomów. Tragicznie nie jest. Przy tomie trzecim mogłam rozkoszować się lekturą bez obaw, że coś mi umknie albo czegoś nie zrozumiem. Piękne uczucie.

Dalej zresztą napawa mnie podziwem sposób, w jaki Samantha Shannon wykreowała swój świat. Jest dokładny, barwny, pełen ciekawostek, niespodzianek i intryg. Rzeczywistość jasnowidzów zachwyca, Refaici i Emmici (tych ostatnich było tu zaskakująco mało, ale myślę, że to się zmieni w następnych tomach...) intrygują, a całość idealnie się ze sobą komponuje. Czytelnik może bezsilnie zadawać sobie pytania o to, co za chwilę się wydarzy albo co jeszcze wymyśli autorka.

Wiecie co? Cofam wszystko, co wyżej napisałam o bohaterach. Kocham ich! Może i nie zawsze ogarniałam, kto jest kto, ale wszyscy dostarczyli mi tylu wrażeń, tak silnie kibicowałam Paige i Naczelnikowi (Paige w końcu okazała się nie być taka zła, a Naczelnik jest czarujący), tak zbliżyłam się z Elizą, Jaxonem, czy nawet Jacka Pogromcę Olbrzmymów, większość z nich tak bardzo polubiłam, a akcja tak często zakręca i gna (choć nieraz wydała mi się naciągana - odnosiłam wrażenie, że jednak nie wszystko tu się trzyma kupy i prawdopodobieństwa)...

Moja recenzja zaprzecza co chwilę sama sobie. Chyba powinna siedzieć cicho, skoro co rusz zmieniam zdanie. Nie mogę się zdecydować. Ta książka STRASZLIWIE mi się podobała! A mimo to widzę w niej tyle wad. Jednak gdy się im przyglądam dłużej, te wady znikają. Znowu trochę odczekam i wracają z całą mocą. Potem myślę - nie, chyba to nie jest takie dobre, by później zastanawiać się, co będzie dalej! W sumie sama nie wiem, co myśleć. Podobało mi się szalenie. Podczas lektury (od tej dwusetnej strony) nie mogłam się oderwać. Ale jednak nie czuję żadnego niedosytu. Nie kłębią się w mojej głowie uciążliwe myśli wracające ciągle do treści Pieśni jutra. Nie czuję wewnętrznej potrzeby natychmiastowego przeczytania czwartego tomu (będę na niego sobie cierpliwie czekać).

Co jest pewne: Smantha Shannon nie obniża poziomu. Dalej zaskakuje i intryguje. Stworzony przez nią świat jest fenomenalny, barwny i ciekawy. Bohaterowie są z reguły dość charakterni, choć niektórych za chiny nie idzie spamiętać. Akcja jest nieprzewidywalna, choć przyśpiesza dopiero gdzieś w połowie. Czasem można odnieść wrażenie, że bohaterom coś przychodzi za łatwo. Autorka w trzecim tomie postawiła na wątek rewolucji (nieco jak w Kosogłosie czy innych ostatnich tomach serii młodzieżowych). Poza tym całość jest bardzo zgrabna i przemyślana, a wyobraźnia autorki robi wrażenie.

To jedna z moich najdziwniejszych recenzji. A mogłabym to wszystko streścić w jednym zdaniu: PRZECZYTAJCIE CZAS ŻNIW KONIECZNIE!!!

"Pieśń jutra" Samantha Shannon, Wyd. SQN, str. 430

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli po przeczytaniu posta napiszesz kilka słów, drogi czytelniku. Każdy komentarz wywołuje mój uśmiech, więc pisz bez obaw! ^^ Chętnie wejdę też na Wasze blogi, więc śmiało zostawiajcie linki (oczywiście byłoby świetnie, gdyby link ten znajdował się dopiero pod sensownym komentarzem. I nie zapraszajcie mnie ciągle do nowych recenzji na swoim blogu!).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...